» Devin Townsend Project

Devin Townsend Project

Devin Townsend Project

…Don’t let the bastards grind you down…

Tym razem niedzielny wieczór spędziłem w Colston Hall, tradycyjnie w Bristolu. Tak na marginesie Colston Hall to takie połączenie naszej hali na Żytniej, Teatru im S. Żeromskiego i nowej Filharmonii, ze świetnym nagłośnieniem.

Gwiazdą wieczoru był kanadyjski zespół Devin Townstend Project w towarzystwie norweskiego Leprous oraz brytyjskiego TesseracT. Koncert rozpoczął się około 19 wiec pod Hall’ą byłem tuż przed, tak jak kilkaset innych osób. Po dopełnieniu formalności z akredytacją i „szybkim szkoleniem” od ochrony byłem już na sali koncertowej.

Na scenę jako pierwszy około 19:30 wyszedł norweski Leprous. Zgodnie z informacjami w sieci grają metal progresywny. Środek sceny należał do energicznego wokalisty/klawiszowca Einar’a Solberg’a. Panowie ubrani elegancko na czarno zaprezentowali psychodeliczny metal wspomagany od czasu do czasu growl’em gitarzysty.

Dla mnie ciekawe granie techniczne. Brak chaosu miedzy instrumentami sprawiało, że słuchało się ich z przyjemnością. W 2015 wydali płytę która była jak na razie ich największym sukcesem komercyjnym. Ciekawe brzmienie, ciekawy wokal. Zagrali około 30 min głównie z ich ostatniego krążka pt. The Congregation.

Następny na scenie pojawił się brytyjski TeseracT. Przywitany gromkimi brawami i pokaźnym krzykiem kilkuset gardeł. I co mnie uderzyło od razu? Świetna sekcja rytmiczna. Tam „wszystko cykało”. Melodyjny wokal. (Taka ciekawostka z życia zespołu TeseracT. Jedyne zmiany w zespole w całej jego dotychczasowej historii były… na „stanowisku” wokalisty). W Colston Hall zagrali kilka sympatycznych numerów. Ich koncert też trwał około 30 min. Na uwagę zasługuje fakt ze jeden z gitarzystów gra na gdańskim Mayonesie.

Przyszedł czas na gwiazdę wieczoru.

„Are you ready for an evening of nerdy prog-metal?” krzyczał do mikrofonu Devin. Zaczęli od Rejoice, Night, Stormbending. Po tych trzech numerach miałem przymusową przerwę, ponieważ musiałem „po foceniu” oddać aparaty do depozytu.

Gdy wróciłem, siadłem na fotelu jak w kinie i… szczena opadła. Koncert brzmiał niesamowicie, nagłośnienie, światła, rewelacja. Devin miedzy numerami zabawiał publiczność m.in wywodami nad psychiką 44-letniego białego kanadyjskiego samca z małym penisem wyglądającym jak niedogotowana krewetka.

Podczas Planet of the Apes czarował publiczność grając na swoim wielkim czarnym Flying V. March of the Poozers rewelacyjny numer z niesamowitą perkusją Ryan’a Van Poederooyen’a. Pod koniec Devin żartował z w sumie absurdalnej sytuacji – przerwy na bisy – teraz my zejdziemy ze sceny bo jesteśmy zmęczeni, a wy będziecie krzyczeli, że chcecie więcej więc “We’re not coming back. Goodnight and fuck off!”.

Wrócił z gitara akustyczną i odśpiewał świetny Ih-Ah!. Reszta muzyków wróciła dopiero na scenę podczas następnego tym razem ostatniego kawałka pt. Higher (…) keep strong…don’t let the bastards grind you down(…).

Cóż po jakiś 70 min. trzeba było wstać, „zabrać szczękę z podłogi” i wrócić do rzeczywistości. Najlepszy jak do tej pory koncert na którym byłem. Począwszy od suportów a na Devinie skończywszy. Jeśli kiedyś przyjadą do Polski polecam wybrać się na ich koncert. Warto.

2013-2020 All rights reserved. All posted photographs on this site are protected by copyright. Any use of them in whole or passage without written permission is prohibited. Up

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close